dr hab. Katarzyna Marciniak: „Kultura polska jako efekt przyjęcia chrztu przez Mieszka I” – artykuł

Przyjęcie chrztu przez Mieszka I miało istotne konsekwencje kulturowo-gospodarcze dla Polski. To dzięki temu aktowi Polska weszła w krąg kultury chrześcijańskiej i złączyła się kulturowo z Europą Zachodnią. W tym miejscu będę jednak mówiła nie o historycznym znaczeniu tegoż aktu, lecz o jego skutkach dla kultury i tradycji Polski.

Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ściśle nasze życie codzienne związane jest z całą kulturą chrześcijańską. Proces konstytuowania się tejże kultury był procesem długofalowym. Chrzest przyjęty przez Mieszka I nie powodował automatycznego przyjęcia nowej kultury, nowych wierzeń, nowych zwyczajów. Ten proces postępował powoli wraz z osiedlaniem się misjonarzy i zakonników na ziemiach polskich. Nie zamierzam w tym miejscu omawiać tego złożonego historycznie procesu, a jedynie podkreślić powolność i długofalowość kształtowania się nowego oblicza kulturowego Polski.

W efekcie przemian już w średniowieczu ukształtował się rok obrzędowy, oparty na kalendarzu liturgicznym. Jednakże, co jest istotne, święta, które wprowadził Kościół katolicki, mimo jedności liturgicznej otrzymały regionalne oblicza, regionalny koloryt paraliturgiczny. Ta różnorodność była (i jest nadal) efektem doświadczeń osób biorących udział w kulturze, ich wyobrażeń o tym, jak ta kultura powinna funkcjonować i jak wyglądać. Jest konstruktem świadomości poszczególnych pokoleń. Również całe życie rodzinne niemalże nierozerwalnie związane było z wyznawaną religią. To tu przekazywano normy zachowań: uczono dzieci chociażby pożądanych zwrotów grzecznościowych, które powodowały, że było się postrzeganym w grupie społecznej jako swój, jako osoba dobrze wychowana. Szczęść Boże, Bóg zapłać, niech ci (wam) Bóg w dzieciach wynagrodzi, z Bogiem – to były zwroty codzienne, które po II wojnie światowej, w nowej rzeczywistości polityczno-społecznej, zostały wprawdzie zastąpione nowym słownictwem, jednak nadal są używane przez starsze pokolenie. W chwilach zdziwienia, zaskoczenia lub gdy się czegoś przestraszymy, często mówimy rany boskie!, (w skróconej wersji występuje tylko rany) o Jezus Maria!, o mój Boże!, o Panienko Najświętsza! itp. Zwroty te używane są nie tylko przez starsze pokolenie czy przez ludzi deklarujących się jako wierzący, ale praktycznie prawie przez każdego członka naszego społeczeństwa. Weszły do języka potocznego, tracąc swe pierwotne, religijne znaczenie.

Kulturą chrześcijańską naznaczona jest zarówno przestrzeń prywatna, jak i przestrzeń społeczna. W domach niemalże każdego z nas znajdziemy symbole odnoszące się do religii chrześcijańskiej: najczęściej są to krzyże umieszczane nad drzwiami wejściowymi do domów, obrazki przedstawiające Matkę Najświętszą czy też Boga Ojca lub Jezusa Chrystusa. Również i okazjonalnie pojawiają się te symbole, jak chociażby gwiazda na czubku bożonarodzeniowej choinki. Przy łóżeczkach dzieci umieszcza się aniołki, które mają strzec malucha przed złymi mocami. Również ta przestrzeń publiczna, z której korzystają wszyscy członkowie społeczności, jest naznaczona kulturą chrześcijańską. W wielu szkołach, biurach, urzędach znajdziemy większe czy mniejsze, mniej lub bardziej eksponowane krzyże. Poza zamkniętymi przestrzeniami także odnajdziemy symbole chrześcijańskie, tu przede wszystkim należy przywołać tzw. małą architekturę sakralną: kapliczki i krzyże przydrożne, które znajdują się w każdej, nawet najmniejszej osadzie Polski, strzegą pół, łąk i lasów, wtulone są i w wiejski, i w miejski krajobraz kulturowy. Tak jesteśmy do nich przyzwyczajeni, że nie zastanawiamy się, skąd, dlaczego i po co są, jaką funkcję pełniły, a może nadal pełnią. Co chcą nam przeszłe pokolenia przekazać, jaki jest ich kod kulturowy?

Fonosfera przestrzeni publicznej jest podobnie naznaczona kulturą chrześcijańską. Od wczesnych godzin rannych rozbrzmiewają dzwony, sygnaturki kościelne czy kuranty pozytywkowe, które wiernym przypominają o mszy, o modlitwie na Anioł Pański (12:00), Godzinie miłosierdzia (15:00) czy o apelu jasnogórskim (21:00). To wszystko jest naszą codziennością, często zupełnie nieuświadomioną codziennością.

W wiekach poprzednich złączenie życia codziennego z wyznawaną wiarą było sprawą normalną, nikt nad tym się nie zastanawiał, nikt się przeciwko temu nie buntował. Czyniono to, co wcześniej czynili rodzice i dziadowie. Każdy dzień zaczynano i kończono modlitwą, a porozstawiane po wsiach i osadach sygnaturki przypominały w czasie ciężkiego dnia pracy o konieczności odmówienia w południe modlitwy Anioł Pański. Nie było czynności, która by się nie zaczynała choćby krótką inwokacją skierowaną do Boga o wspomożenie: modlono się przed jedzeniem, kreślono znak krzyża na każdym nowo rozpoczynanym bochenku chleba, przepraszano Matkę Bożą, gdy na ziemię spadła kromka tegoż chleba. Gdy po zimie rozpoczynano prace w polu, to pierwszy wymarsz odbywał się w asyście miejscowego proboszcza, który święcił pola po to, aby się darzyło, czyli aby robactwo i inne plagi szkód nie czyniły.

Błogosławiono tych, którzy wyruszali na targ, by sprzedać płody rolne. Gdy odwiedzało się sąsiadów, zawsze wchodziło się z do ich domu z błogosławieństwem na ustach. Kiedy młodzi opuszczali próg domu i jechali do szkół czy do wojska albo zmieniali stan cywilny, zawsze otrzymywali błogosławieństwo w imię Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego, proszono również o wstawiennictwo Najświętszą Maryję Pannę – by opiekowała się młodymi. Gdy na świat przychodził nowy członek rodziny, to rodzice, dziadkowie i pozostali członkowie rodziny kreślili na jego czole znak krzyża. Nie jest to opis zwyczajów z czasów pradziejowych, wiele z tych zwyczajów jest bowiem praktykowanych do dnia dzisiejszego i to nie tylko wśród ludzi wierzących, lecz i wśród tych, którzy deklarują się jako ateiści.

Wnętrza domów również mówiły o wyznawanej wierze. Przy drzwiach wejściowych umieszczano małe ceramiczne kropielnice, w których zawsze znajdowała się woda święcona. Gdy przekraczano próg domu (i to bez względu na to, czy wchodzono czy wychodzono), za każdym razem się żegnano. W domach, zarówno krytych strzechą, jak i mieszczańskich czy szlacheckich, na poczesnym miejscu znajdowały się obrazy świętych. Niejednokrotnie były to całe „niebiańskie galerie”, jak chociażby w podhalańskich domach, gdzie za listwą umieszczano święte wizerunki. Stawiając dom, często na stałe umieszczano w nim symbol chrześcijański: a to krzyż na belce sosrębowej, a to kapliczkę wnękową w szczycie domu. Również oznakowanie domów symboliką chrześcijańską nie należało do rzadkości: np. z różnokolorowych dachówek czy też z płytek eternitowych układało się na dachu znak krzyża.

Jak wynika z przedwojennych badań Alferda Brosiga, który analizował zachowane mieszczańskie testamenty pochodzące z Poznania z wieku XII i XVIII, nie odnalazł on testamentu, w którym potomnym nie przekazywano by obrazów czy drzeworytów przedstawiających Jezusa, Matkę Najświętszą czy świętych Pańskich. Świadczy to nie tylko o silnej wierze przodków, ale również o tym, że taki wizerunek miał wysoką wartość zarówno materialną, jak i estetyczną.

Nie chcę jednak mówić tylko o materialnych symbolach chrześcijańskich, które nas otaczają, chcę też powiedzieć o wysiłku, który podejmowano i który nadal jest przez wielu Polaków podejmowany, czyli o zewnętrznej manifestacji wiary, jaką jest pielgrzymka. Jak wynika z badań prowadzonych przez geografów pielgrzymek, pracujących na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Polsce rocznie w trasy pielgrzymkowe wyrusza ok. 15% ludności, to jest około 7 milionów ludzi. Proszę sobie wyobrazić te 7 milionów osób, które w imię Boga porzucają bezpieczne życie, porzucają dobrze znany sobie świat i wyruszają w trasę. Może i współczesne pielgrzymki nie narażają pątników na tak wielkie niebezpieczeństwa jak pielgrzymki odbywane w wiekach średnich, kiedy to przed wyruszeniem w drogę należało pozostawić testament i wyznaczyć opiekunów dla nieletnich dzieci czy dla osamotnionej żony, ale nadal jest to ogromny wysiłek fizyczny. Poza tym jest to wysiłek fizyczny połączony z zerwaniem z licznymi przyzwyczajeniami, od prozaicznych – jak chociażby oderwanie się od wirtualnego świata, po bardziej dokuczliwe – spanie w miejscach, które nie gwarantują ciszy i intymności, brak dostępu do łazienki i ciepłej wody, spożywanie posiłku nie przy stole. Oczywiście, pisząc o trudach, mam na myśli pielgrzymki piesze, gdyż te zorganizowane przez parafie czy też wspólnoty religijne są przede wszystkim krótsze, a także zdecydowanie wygodniejsze, gdyż trasę pokonuje się najczęściej autokarem, jednakże i one wymagają od uczestników pewnych wyrzeczeń.

Zjawisko pielgrzymowania nie jest niczym nowym ani bynajmniej specyficznie polskim czy katolickim. Pielgrzymują też przedstawiciele innych religii: muzułmanie czy buddyści. W Polsce pielgrzymowano od średniowiecza, choć oczywiście trasy pielgrzymkowe były różne. Te najczęściej oblegane prowadziły do najbliższych sanktuariów maryjnych (tych było i nadal jest na ziemiach polskich najwięcej, stanowią ok. 95% wszystkich miejsc kultu), jednakże podejmowano również trudy pielgrzymkowe do tak odległych miejsc kultu, jak chociażby Santiago do Compostella, Jerozolima czy Rzym.

Trudy pielgrzymowania podejmowano (i nadal się podejmuje) z bardzo różnych powodów: czy to pokutnych, błagalnych, dziękczynnych, czy też ze zwykłej ludzkiej ciekawości. Najczęściej czas na wyruszenie w drogę był dokładnie przemyślany i zbiegał się z wielkimi uroczystościami odpustowymi w miejscu kultu, do którego się dążyło. Należało tak zaplanować wyjście, aby nie przyjść do sanktuarium zbyt wcześnie i aby się nie spóźnić.

Wszelkie uroczystości kościelne zawsze przyciągały do sanktuariów ogromne rzesze wiernych, a zdecydowanie najwięcej przybywało ich na uroczystości koronacyjne cudownych wizerunków. Takim wielkim wydarzeniem w 1717 roku była koronacja obrazu jasnogórskiego, przy czym warto podkreślić, że była to pierwsza koronacja koronami papieskimi wizerunku Maryi, który nie znajdował się w Rzymie. W tej niecodziennej uroczystości wzięło udział 200 tys. pątników. Niestety nie zachowało się zbyt wiele dokumentów opisujących tamto wydarzenie. Nie miejsce tu na omawianie wielkich kolejnych koronacji cudownych wizerunków znajdujących się na ziemiach polskich, jednakże chcę opisać uroczystości, które odbyły się 211 lat po częstochowskiej koronacji, a mianowicie ceremonię koronacji, która miała miejsce na Świętej Górze pod Gostyniem w 1928 roku.

Prace przygotowawcze rozpoczęły się już wcześniej. W ich ramach między innymi odnowiono świątynię, zlecono wydanie szeregu stosownych publikacji, drukowano obrazki z wizerunkiem Świętogórskiej Róży Duchownej, przy czym na rewersie obrazka umieszczono modlitwę do Matki Bożej. Na tak doniosłą okazję księża filipini, którzy na co dzień sprawują opiekę nad tym miejscem kultu, zdecydowali się również wybić specjalne medale i medaliki upamiętniające uroczystości koronacyjne. Gorączkę tego okresu najlepiej oddają liczne artykuły i ogłoszenia ukazujące się w przededniu koronacji Gostyńskiej Róży Duchownej w prasie katolickiej. Na łamach „Przewodnika Katolickiego”, tuż po ogłoszeniu dekretu koronacyjnego, a więc już w marcu, ukazała się odezwa do wszystkich wiernych, w której nie tylko informowano o zbliżającej się uroczystości, ale również zwracano się do wszystkich wiernych z prośbą o „dary z klejnotów na korony, które Najdostojniejszy Ksiądz Prymas włoży na skronie Dziewicy Maryi i Boskiego Jej Dzieciątka”[1]. Im bliżej było uroczystości, tym więcej w prasie pojawiało się artykułów zdających relację z poszczególnych etapów przygotowań oraz anonsów zachęcających wiernych do wzięcia udziału w uroczystości. Zamieszczano tam również szczegółowy program uroczystości oraz przybliżano historię cudownego wizerunku[2]. Z tej okazji układano okazjonalne wiersze i pieśni, które również publikowano w prasie[3].

Jak już mówiłam, tak wielkie uroczystości gromadziły tysiące pątników, dlatego też specjalnie na takie okazje poza obrębem świątyni budowano ołtarze polowe, po to, aby każdy przybyły wierny mógł czynnie brać udział w uroczystościach i śledzić wszystkie ruchy hierarchów kościelnych.

Warto tu podkreślić, iż na tak doniosłe wydarzenie szykowali się nie tylko opiekunowie miejsca świętego, ale i wszyscy mieszkańcy miejscowości, w której znajdował się koronowany wizerunek. Ozdabiano fasady i okna domów, rozwieszano girlandy z „zieloności”, czy też transparenty z hasłami powitalnymi. Nic nie przypominało codzienności. O tym, że czas świętowania się zbliża, informowali mieszkańców pojawiający się licznie żebracy (w poprzednich wiekach zwani dziadami proszalnymi) oraz handlarze dewocjonaliów. Oni to, jako pierwsi, oblegali kościół i rezerwowali sobie miejsca najbliżej bram wejściowych do świątyni. Im bliżej wejścia, tym większy spodziewano się uzyskać dochód. Dopiero w następnej kolejności przybywali pielgrzymi.

Same wielkie uroczystości rozpoczynały się w chwili, kiedy do sanktuarium przybył najdostojniejszy z zapowiedzianych gości. Z reguły był to długo oczekiwany biskup. W poprzednich wiekach cała jego trasa do loca sacra usiana była grupami wiernych, którzy wybiegali na drogę w oczekiwaniu na specjalne błogosławieństwo.

Jednakże największe, a zarazem najbardziej spektakularne uroczystości koronacyjne i związane z nimi migracje ludności miały miejsce w powojennej Polsce. Z okazji tysiąclecia przyjęcia chrztu przez Mieszka I prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński ogłosił rok 1966 rokiem milenijnym. Obchody te bynajmniej nie rozpoczęły się w 1966 roku, lecz dziesięć lat wcześniej. Przeprowadzenie ich przez Kościół katolicki wymagało ogromnej przenikliwości i zapobiegliwości. W tych przygotowaniach milenijnych nacisk położono przede wszystkim na odnowę moralną społeczeństwa polskiego. Od 1957 roku przez kolejne dziesięć lat w kościołach prowadzono intensywne nauczanie, którego celem było wzmocnienie polskiego katolicyzmu. Zarówno na wsiach, jak i w miastach stawiano krzyże upamiętniające misje czy rekolekcje, budowano dziękczynne kapliczki. Władza ludowa utyskiwała, że w zdecydowanej większości czyniono to bez jej zezwolenia, ale tym się nikt z wiernych specjalnie nie przejmował[4]. Warte podkreślenia jest również to, iż w tym czasie stała się rzecz niezwykła: mianowicie po Polsce nie tyle pielgrzymowali ludzie, ile kopia cudownego wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej wyszła z pielgrzymką do ludzi; kopię tę w 1957 roku w Watykanie poświęcił papież Pius XII. Mamy tu do czynienia z odwróconą sytuacją – nie tyle ludzie poszli odwiedzić cudowny wizerunek, ile sama Matka Najświętsza przedstawiona na cudownym obrazie sama poszła odwiedzić wiernych. Oczywiście w każdej miejscowości, w której obraz Matki Bożej Częstochowskiej się znalazł, odbywały się wielkie uroczystości, dodatkowo ściągające ludzi z bliższej i dalszej okolicy.

Uroczystości obchodu tysiąclecia chrztu Polski obejmowały również projekt koronacyjny szeregu cudownych wizerunków Bożej Rodzicielki. W tym czasie jednak, w przeciwieństwie do okresu przedwojennego, prasa milczała. Nie podawano miejsca ani dat koronacji, nie nawoływano do uczestnictwa, a wręcz przeciwnie, czyniono wszystko, aby uniemożliwić wiernym udział w tych uroczystościach. Prowadzono intensywne rozmowy z organizatorami wyjazdów pielgrzymkowych po to, aby ich zastraszyć i zniechęcić do przyłączenia się do milenijnych uroczystości. Urzędy spraw wewnętrznych odmawiały zgody na organizowanie pielgrzymek. Księżom nie przydzielano papieru na druk książeczek pobożnościowych i innych dewocjonaliów. Państwowym przedsiębiorstwom komunikacyjnym zakazano realizacji zamówień na przewozy pątników do miejscowości, w których odbywały się te uroczystości. Ścisłym kontrolom poddano wszystkie przedsiębiorstwa, które posiadały własny transport samochodowy. Dodatkowo zakładom pracy zakazano udzielania urlopów pracownikom na czas trwania uroczystości. Wszystkie te zabiegi były czynione po to, by na uroczystości przybyła jak najmniejsza liczba wiernych.

Dodatkowo drogi dojazdowe do sanktuariów obsadzone były przez Milicję Obywatelską, która zagradzała dojazd. Wierni jednak doskonale radzili sobie w tak trudnej sytuacji. Nie formowali oficjalnych grup pielgrzymkowych, dopiero po dotarciu na miejsce tworzyli zwartą grupę pod przewodnictwem swojego proboszcza. Taka sytuacja zaszła chociażby w czasie uroczystości koronacyjnych w roku 1968 w Dąbrówce Kościelnej, gdzie wierni z poznańskiej parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia pod przewodnictwem ks. Antoniego Cieciory w rozproszeniu udali się do Dąbrówki, aby już na miejscu stworzyć silną i zwartą grupę. Jeśli napotykali na drogach odziały Milicji Obywatelskiej, blokującej drogi dojazdowe do sanktuariów, to do miejsc kultu przedzierali się przez lasy. Te wszystkie zabiegi niewątpliwie przyczyniły się do zmniejszenia liczby pątników, biorących udział w uroczystościach koronacyjnych, ale całkowicie ich nie zniechęciły.

Tłumy, które przybywały na te uroczystości, były znaczne. W opublikowanym na łamach „Tygodnika Powszechnego” reportażu z uroczystości koronacyjnych, odbywających się w Licheniu Starym koło Konina w 1967 roku, ks. Adam Boniecki wspominał, iż pielgrzymów przybyłych na uroczystości było tak dużo, że spali dosłownie wszędzie, gdzie się dało, zarówno na przykościelnym cmentarzu, jak i przy ołtarzu. Kto chciał, mimo zakazu i przeszkód i tak wziął udział w uroczystościach. Bezsilnej władzy pozostało jedynie pod przykryciem nocy zawieszanie transparentów nawołujących hierarchów kościelnych do posłuszeństwa władzy ludowej. Taką sytuację w swoich pamiętnikach opisuje ksiądz kardynał Stefan Wyszyński, który, jadąc na wspomniane uroczystości koronacyjne do Lichenia, już w samym Licheniu (będącym wówczas malutką wioską) minął trzy takie transparenty umieszczone na wysokich betonowych słupach. Jednakże wierni absolutnie nie zwracali na nie uwagi. Z przejęciem i uwagą brali udział w uroczystościach i nie zważali na prowokacyjne działania władzy.

Bardzo podobnie było przed centralnymi uroczystościami milenijnymi, które odbywały się w Gnieźnie i w Poznaniu. Również i tu starano się przestraszyć zarówno kler, jak i wiernych. Jednakże to przeszkadzanie było mniej siłowe, a bardziej wyrafinowane. A mianowicie, organizowano tu konkurencyjne uroczystości, a do udziału w nich zapraszano np. znane zespoły bitowe, jak chociażby niezwykle popularny wówczas zespół „Czerwone Gitary”, który wystąpił w Gnieźnie. Urządzano pokazy filmów fabularnych, organizowano maratony i zawody sportowe, sprzedawano atrakcyjne towary. Czyniono dosłownie wszystko, aby uroczystości milenijne nie przebiegały z rozmachem i nie świadczyły o sile Kościoła katolickiego w Polsce.

W takiej sytuacji wierni zostali postawieni w bardzo trudnej i niekomfortowej sytuacji, z jednej strony chcieli być przy kardynale Stefanie Wyszyńskim, pragnęli zamanifestować swe przywiązanie do Kościoła katolickiego, do wiary i tradycji przodków, a z drugiej strony to szare i smutne życie lat 60. nagle mogło nabrać intensywniejszych barw, ponieważ za sprawą konfliktu państwo – kościół okraszone zostało ciekawym programem artystycznym. Jednakże sytuacja ta bynajmniej nie była aż tak bardzo skomplikowana, ponieważ uroczystości państwowe w Gnieźnie odbywały się na rynku, który od katedry dzieli jedynie 5 minut drogi szybkim marszem. Dlatego wierni wielokrotnie krążyli pomiędzy rynkiem a katedrą, to słuchając pobożnych i patriotycznych kazań, to oddając się zabawie. Wbrew pozorom nie ma w tym najmniejszej sprzeczności, ponieważ zawsze po czasie modlitwy przychodził czas na rozrywkę. Każde uroczystości odpustowe dzielą czas na czas modlitwy i zabawy. Zawsze razem z pielgrzymami do sanktuariów przybywali nie tylko wspomniani wyżej handlarze dewocjonaliów, ale i właściciele strzelnic, karuzelarze czy trupy aktorskie. Zawsze po mszy oddawano się drobnym przyjemnościom, aby po tej krótkiej przerwie ponownie wrócić do kościelnej atmosfery skupienia i modlitwy. Dokładnie też taką sytuację mogliśmy obserwować w 1966 roku w Poznaniu i Gnieźnie, gdzie zderzyły się ze sobą dwa światy: sacrum i profanum.

Te dwa światy zawsze się ze sobą ścierały i ich walka przybierała różne oblicza, co zaś istotne, walka ta bynajmniej nie jest specyfiką polską. Wystarczy w tym miejscu przywołać ustawy rządu francuskiego zabraniające dziewczynkom muzułmańskim noszenia w szkole chust na głowie.

[1] Odezwa, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 25 marca 1928, s. 193.

[2] O. S. Tabor, Cudowny obraz Matki Boskiej w kościele OO. Oratorjanów na Św. Górze, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 17 czerwca 1928, s. 366-368; Na koronację cudownego obrazu Matki Boskiej Świętogórskiej, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 24 czerwca 1928, s.375; Program IX Zjazdu Katolickiego i koronacji obrazu M. Boskiej Świętogórskiej w Gostyniu, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 24 czerwca 1988, s. 387; Program IX Zjazdu Katolickiego w Gostyniu, „Jednodniówka Gostyńska z okazji IX Zjazdu Katolickiego połączonego z Koronacją Cudown. Obrazu Matki Boskiej Gostyńskiej”, Gostyń, 23 i 24 czerwca 1928, s. 3; Program IX Zjazdu Katolickiego, „Orędownik Urzędowy Powiatu Gostyńskiego”, Gostyń, 23 czerwca 1928 r., s. 6., K. Krotowski, Zjazd Katolicki u stóp cudownego obrazu Matki Boskiej na Świętej Górze w Gostyniu, „Dziennik Bydgoski”, 22 czerwca 1928, s. 5.; K. Krotowski, Fara gostyńska, „Dziennik Bydgoski”, 22 czerwca 1928, s. 6; Obraz Cudowny Najświętszej Marji Panny na św. Górze w kościele OO. Oratorjanów w Gostyniu, „Dziennik Bydgoski”, 22 czerwca 1928, s. 5; Garść wiadomości z dziejów Gostynia, „Gość Niedzielny. Tygodnik dla Rodzin Katolickich”, Katowice, 24 czerwca 1928, s. 5-6; Legenda gostyńska, Kurier Poznański”, 23 czerwca 1928, s. 20; J. Pradzyński, IX Zjazd Katolicki w Gostyniu, „Orędownik Urzędowy Powiatu Gostyńskiego”, Gostyń, 28 kwietnia 1928, s. 4; Gostyń godnie przyjmuje Dostojników Kościoła, „Głos Polski. Bezpartyjny, Polski, Katolicki Dziennik dla Pogranicza Zachodniej Polski”, Leszno, Rawicz, Bojanowo, Śmigiel, Wolsztyn, Zbąszyń, 24 czerwca 1928, s. 2; Przed Zjazdem Katolickim w Gostyniu, „Głos Polski (…)”, Leszno, Rawicz, Bojanowo, Śmigiel, Wolsztyn, Zbąszyń, 24 czerwca 1928, s. 2; I. Stablewska, Na dzień Koronacji Matki Boskiej w Klasztorze Oratorjanów czyli Filipinów, u Świętej Góry, „Kraj i Świat. Tygodniowy Dodatek Ilustrowany” do „Gazety Powszechnej”, Poznań, 24 czerwca 1928, s. 203.

[3] A.D., Świętogórskiej Pani, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 24 czerwca 1928, s. 376; I. Stablewska, Po koronacji Matki Boskiej na Świętej Górze, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 1 lipca 1928, s. 392; Do Matki Boskiej, „Jednodniówka Gostyńska z okazji IX Zjazdu Katolickiego połączonego z Koronacją Cudownego Obrazu Matki Boskiej Gostyńskiej”, Gostyń, 23 i 24 czerwca 1928 r., s. 1.

[4] S. Jankowski, Milenium Polski, wyd. Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 2006, s. 195-199.

dr hab. Katarzyna Marciniak: „Kultura polska jako efekt przyjęcia chrztu przez Mieszka I” – artykuł

Przyjęcie chrztu przez Mieszka I miało istotne konsekwencje kulturowo-gospodarcze dla Polski. To dzięki temu aktowi Polska weszła w krąg kultury chrześcijańskiej i złączyła się kulturowo z Europą Zachodnią. W tym miejscu będę jednak mówiła nie o historycznym znaczeniu tegoż aktu, lecz o jego skutkach dla kultury i tradycji Polski.

Nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak ściśle nasze życie codzienne związane jest z całą kulturą chrześcijańską. Proces konstytuowania się tejże kultury był procesem długofalowym. Chrzest przyjęty przez Mieszka I nie powodował automatycznego przyjęcia nowej kultury, nowych wierzeń, nowych zwyczajów. Ten proces postępował powoli wraz z osiedlaniem się misjonarzy i zakonników na ziemiach polskich. Nie zamierzam w tym miejscu omawiać tego złożonego historycznie procesu, a jedynie podkreślić powolność i długofalowość kształtowania się nowego oblicza kulturowego Polski.

W efekcie przemian już w średniowieczu ukształtował się rok obrzędowy, oparty na kalendarzu liturgicznym. Jednakże, co jest istotne, święta, które wprowadził Kościół katolicki, mimo jedności liturgicznej otrzymały regionalne oblicza, regionalny koloryt paraliturgiczny. Ta różnorodność była (i jest nadal) efektem doświadczeń osób biorących udział w kulturze, ich wyobrażeń o tym, jak ta kultura powinna funkcjonować i jak wyglądać. Jest konstruktem świadomości poszczególnych pokoleń. Również całe życie rodzinne niemalże nierozerwalnie związane było z wyznawaną religią. To tu przekazywano normy zachowań: uczono dzieci chociażby pożądanych zwrotów grzecznościowych, które powodowały, że było się postrzeganym w grupie społecznej jako swój, jako osoba dobrze wychowana. Szczęść Boże, Bóg zapłać, niech ci (wam) Bóg w dzieciach wynagrodzi, z Bogiem – to były zwroty codzienne, które po II wojnie światowej, w nowej rzeczywistości polityczno-społecznej, zostały wprawdzie zastąpione nowym słownictwem, jednak nadal są używane przez starsze pokolenie. W chwilach zdziwienia, zaskoczenia lub gdy się czegoś przestraszymy, często mówimy rany boskie!, (w skróconej wersji występuje tylko rany) o Jezus Maria!, o mój Boże!, o Panienko Najświętsza! itp. Zwroty te używane są nie tylko przez starsze pokolenie czy przez ludzi deklarujących się jako wierzący, ale praktycznie prawie przez każdego członka naszego społeczeństwa. Weszły do języka potocznego, tracąc swe pierwotne, religijne znaczenie.

Kulturą chrześcijańską naznaczona jest zarówno przestrzeń prywatna, jak i przestrzeń społeczna. W domach niemalże każdego z nas znajdziemy symbole odnoszące się do religii chrześcijańskiej: najczęściej są to krzyże umieszczane nad drzwiami wejściowymi do domów, obrazki przedstawiające Matkę Najświętszą czy też Boga Ojca lub Jezusa Chrystusa. Również i okazjonalnie pojawiają się te symbole, jak chociażby gwiazda na czubku bożonarodzeniowej choinki. Przy łóżeczkach dzieci umieszcza się aniołki, które mają strzec malucha przed złymi mocami. Również ta przestrzeń publiczna, z której korzystają wszyscy członkowie społeczności, jest naznaczona kulturą chrześcijańską. W wielu szkołach, biurach, urzędach znajdziemy większe czy mniejsze, mniej lub bardziej eksponowane krzyże. Poza zamkniętymi przestrzeniami także odnajdziemy symbole chrześcijańskie, tu przede wszystkim należy przywołać tzw. małą architekturę sakralną: kapliczki i krzyże przydrożne, które znajdują się w każdej, nawet najmniejszej osadzie Polski, strzegą pół, łąk i lasów, wtulone są i w wiejski, i w miejski krajobraz kulturowy. Tak jesteśmy do nich przyzwyczajeni, że nie zastanawiamy się, skąd, dlaczego i po co są, jaką funkcję pełniły, a może nadal pełnią. Co chcą nam przeszłe pokolenia przekazać, jaki jest ich kod kulturowy?

Fonosfera przestrzeni publicznej jest podobnie naznaczona kulturą chrześcijańską. Od wczesnych godzin rannych rozbrzmiewają dzwony, sygnaturki kościelne czy kuranty pozytywkowe, które wiernym przypominają o mszy, o modlitwie na Anioł Pański (12:00), Godzinie miłosierdzia (15:00) czy o apelu jasnogórskim (21:00). To wszystko jest naszą codziennością, często zupełnie nieuświadomioną codziennością.

W wiekach poprzednich złączenie życia codziennego z wyznawaną wiarą było sprawą normalną, nikt nad tym się nie zastanawiał, nikt się przeciwko temu nie buntował. Czyniono to, co wcześniej czynili rodzice i dziadowie. Każdy dzień zaczynano i kończono modlitwą, a porozstawiane po wsiach i osadach sygnaturki przypominały w czasie ciężkiego dnia pracy o konieczności odmówienia w południe modlitwy Anioł Pański. Nie było czynności, która by się nie zaczynała choćby krótką inwokacją skierowaną do Boga o wspomożenie: modlono się przed jedzeniem, kreślono znak krzyża na każdym nowo rozpoczynanym bochenku chleba, przepraszano Matkę Bożą, gdy na ziemię spadła kromka tegoż chleba. Gdy po zimie rozpoczynano prace w polu, to pierwszy wymarsz odbywał się w asyście miejscowego proboszcza, który święcił pola po to, aby się darzyło, czyli aby robactwo i inne plagi szkód nie czyniły.

Błogosławiono tych, którzy wyruszali na targ, by sprzedać płody rolne. Gdy odwiedzało się sąsiadów, zawsze wchodziło się z do ich domu z błogosławieństwem na ustach. Kiedy młodzi opuszczali próg domu i jechali do szkół czy do wojska albo zmieniali stan cywilny, zawsze otrzymywali błogosławieństwo w imię Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego, proszono również o wstawiennictwo Najświętszą Maryję Pannę – by opiekowała się młodymi. Gdy na świat przychodził nowy członek rodziny, to rodzice, dziadkowie i pozostali członkowie rodziny kreślili na jego czole znak krzyża. Nie jest to opis zwyczajów z czasów pradziejowych, wiele z tych zwyczajów jest bowiem praktykowanych do dnia dzisiejszego i to nie tylko wśród ludzi wierzących, lecz i wśród tych, którzy deklarują się jako ateiści.

Wnętrza domów również mówiły o wyznawanej wierze. Przy drzwiach wejściowych umieszczano małe ceramiczne kropielnice, w których zawsze znajdowała się woda święcona. Gdy przekraczano próg domu (i to bez względu na to, czy wchodzono czy wychodzono), za każdym razem się żegnano. W domach, zarówno krytych strzechą, jak i mieszczańskich czy szlacheckich, na poczesnym miejscu znajdowały się obrazy świętych. Niejednokrotnie były to całe „niebiańskie galerie”, jak chociażby w podhalańskich domach, gdzie za listwą umieszczano święte wizerunki. Stawiając dom, często na stałe umieszczano w nim symbol chrześcijański: a to krzyż na belce sosrębowej, a to kapliczkę wnękową w szczycie domu. Również oznakowanie domów symboliką chrześcijańską nie należało do rzadkości: np. z różnokolorowych dachówek czy też z płytek eternitowych układało się na dachu znak krzyża.

Jak wynika z przedwojennych badań Alferda Brosiga, który analizował zachowane mieszczańskie testamenty pochodzące z Poznania z wieku XII i XVIII, nie odnalazł on testamentu, w którym potomnym nie przekazywano by obrazów czy drzeworytów przedstawiających Jezusa, Matkę Najświętszą czy świętych Pańskich. Świadczy to nie tylko o silnej wierze przodków, ale również o tym, że taki wizerunek miał wysoką wartość zarówno materialną, jak i estetyczną.

Nie chcę jednak mówić tylko o materialnych symbolach chrześcijańskich, które nas otaczają, chcę też powiedzieć o wysiłku, który podejmowano i który nadal jest przez wielu Polaków podejmowany, czyli o zewnętrznej manifestacji wiary, jaką jest pielgrzymka. Jak wynika z badań prowadzonych przez geografów pielgrzymek, pracujących na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Polsce rocznie w trasy pielgrzymkowe wyrusza ok. 15% ludności, to jest około 7 milionów ludzi. Proszę sobie wyobrazić te 7 milionów osób, które w imię Boga porzucają bezpieczne życie, porzucają dobrze znany sobie świat i wyruszają w trasę. Może i współczesne pielgrzymki nie narażają pątników na tak wielkie niebezpieczeństwa jak pielgrzymki odbywane w wiekach średnich, kiedy to przed wyruszeniem w drogę należało pozostawić testament i wyznaczyć opiekunów dla nieletnich dzieci czy dla osamotnionej żony, ale nadal jest to ogromny wysiłek fizyczny. Poza tym jest to wysiłek fizyczny połączony z zerwaniem z licznymi przyzwyczajeniami, od prozaicznych – jak chociażby oderwanie się od wirtualnego świata, po bardziej dokuczliwe – spanie w miejscach, które nie gwarantują ciszy i intymności, brak dostępu do łazienki i ciepłej wody, spożywanie posiłku nie przy stole. Oczywiście, pisząc o trudach, mam na myśli pielgrzymki piesze, gdyż te zorganizowane przez parafie czy też wspólnoty religijne są przede wszystkim krótsze, a także zdecydowanie wygodniejsze, gdyż trasę pokonuje się najczęściej autokarem, jednakże i one wymagają od uczestników pewnych wyrzeczeń.

Zjawisko pielgrzymowania nie jest niczym nowym ani bynajmniej specyficznie polskim czy katolickim. Pielgrzymują też przedstawiciele innych religii: muzułmanie czy buddyści. W Polsce pielgrzymowano od średniowiecza, choć oczywiście trasy pielgrzymkowe były różne. Te najczęściej oblegane prowadziły do najbliższych sanktuariów maryjnych (tych było i nadal jest na ziemiach polskich najwięcej, stanowią ok. 95% wszystkich miejsc kultu), jednakże podejmowano również trudy pielgrzymkowe do tak odległych miejsc kultu, jak chociażby Santiago do Compostella, Jerozolima czy Rzym.

Trudy pielgrzymowania podejmowano (i nadal się podejmuje) z bardzo różnych powodów: czy to pokutnych, błagalnych, dziękczynnych, czy też ze zwykłej ludzkiej ciekawości. Najczęściej czas na wyruszenie w drogę był dokładnie przemyślany i zbiegał się z wielkimi uroczystościami odpustowymi w miejscu kultu, do którego się dążyło. Należało tak zaplanować wyjście, aby nie przyjść do sanktuarium zbyt wcześnie i aby się nie spóźnić.

Wszelkie uroczystości kościelne zawsze przyciągały do sanktuariów ogromne rzesze wiernych, a zdecydowanie najwięcej przybywało ich na uroczystości koronacyjne cudownych wizerunków. Takim wielkim wydarzeniem w 1717 roku była koronacja obrazu jasnogórskiego, przy czym warto podkreślić, że była to pierwsza koronacja koronami papieskimi wizerunku Maryi, który nie znajdował się w Rzymie. W tej niecodziennej uroczystości wzięło udział 200 tys. pątników. Niestety nie zachowało się zbyt wiele dokumentów opisujących tamto wydarzenie. Nie miejsce tu na omawianie wielkich kolejnych koronacji cudownych wizerunków znajdujących się na ziemiach polskich, jednakże chcę opisać uroczystości, które odbyły się 211 lat po częstochowskiej koronacji, a mianowicie ceremonię koronacji, która miała miejsce na Świętej Górze pod Gostyniem w 1928 roku.

Prace przygotowawcze rozpoczęły się już wcześniej. W ich ramach między innymi odnowiono świątynię, zlecono wydanie szeregu stosownych publikacji, drukowano obrazki z wizerunkiem Świętogórskiej Róży Duchownej, przy czym na rewersie obrazka umieszczono modlitwę do Matki Bożej. Na tak doniosłą okazję księża filipini, którzy na co dzień sprawują opiekę nad tym miejscem kultu, zdecydowali się również wybić specjalne medale i medaliki upamiętniające uroczystości koronacyjne. Gorączkę tego okresu najlepiej oddają liczne artykuły i ogłoszenia ukazujące się w przededniu koronacji Gostyńskiej Róży Duchownej w prasie katolickiej. Na łamach „Przewodnika Katolickiego”, tuż po ogłoszeniu dekretu koronacyjnego, a więc już w marcu, ukazała się odezwa do wszystkich wiernych, w której nie tylko informowano o zbliżającej się uroczystości, ale również zwracano się do wszystkich wiernych z prośbą o „dary z klejnotów na korony, które Najdostojniejszy Ksiądz Prymas włoży na skronie Dziewicy Maryi i Boskiego Jej Dzieciątka”[1] [1]. Im bliżej było uroczystości, tym więcej w prasie pojawiało się artykułów zdających relację z poszczególnych etapów przygotowań oraz anonsów zachęcających wiernych do wzięcia udziału w uroczystości. Zamieszczano tam również szczegółowy program uroczystości oraz przybliżano historię cudownego wizerunku[2] [2]. Z tej okazji układano okazjonalne wiersze i pieśni, które również publikowano w prasie[3] [3].

Jak już mówiłam, tak wielkie uroczystości gromadziły tysiące pątników, dlatego też specjalnie na takie okazje poza obrębem świątyni budowano ołtarze polowe, po to, aby każdy przybyły wierny mógł czynnie brać udział w uroczystościach i śledzić wszystkie ruchy hierarchów kościelnych.

Warto tu podkreślić, iż na tak doniosłe wydarzenie szykowali się nie tylko opiekunowie miejsca świętego, ale i wszyscy mieszkańcy miejscowości, w której znajdował się koronowany wizerunek. Ozdabiano fasady i okna domów, rozwieszano girlandy z „zieloności”, czy też transparenty z hasłami powitalnymi. Nic nie przypominało codzienności. O tym, że czas świętowania się zbliża, informowali mieszkańców pojawiający się licznie żebracy (w poprzednich wiekach zwani dziadami proszalnymi) oraz handlarze dewocjonaliów. Oni to, jako pierwsi, oblegali kościół i rezerwowali sobie miejsca najbliżej bram wejściowych do świątyni. Im bliżej wejścia, tym większy spodziewano się uzyskać dochód. Dopiero w następnej kolejności przybywali pielgrzymi.

Same wielkie uroczystości rozpoczynały się w chwili, kiedy do sanktuarium przybył najdostojniejszy z zapowiedzianych gości. Z reguły był to długo oczekiwany biskup. W poprzednich wiekach cała jego trasa do loca sacra usiana była grupami wiernych, którzy wybiegali na drogę w oczekiwaniu na specjalne błogosławieństwo.

Jednakże największe, a zarazem najbardziej spektakularne uroczystości koronacyjne i związane z nimi migracje ludności miały miejsce w powojennej Polsce. Z okazji tysiąclecia przyjęcia chrztu przez Mieszka I prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński ogłosił rok 1966 rokiem milenijnym. Obchody te bynajmniej nie rozpoczęły się w 1966 roku, lecz dziesięć lat wcześniej. Przeprowadzenie ich przez Kościół katolicki wymagało ogromnej przenikliwości i zapobiegliwości. W tych przygotowaniach milenijnych nacisk położono przede wszystkim na odnowę moralną społeczeństwa polskiego. Od 1957 roku przez kolejne dziesięć lat w kościołach prowadzono intensywne nauczanie, którego celem było wzmocnienie polskiego katolicyzmu. Zarówno na wsiach, jak i w miastach stawiano krzyże upamiętniające misje czy rekolekcje, budowano dziękczynne kapliczki. Władza ludowa utyskiwała, że w zdecydowanej większości czyniono to bez jej zezwolenia, ale tym się nikt z wiernych specjalnie nie przejmował[4] [4]. Warte podkreślenia jest również to, iż w tym czasie stała się rzecz niezwykła: mianowicie po Polsce nie tyle pielgrzymowali ludzie, ile kopia cudownego wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej wyszła z pielgrzymką do ludzi; kopię tę w 1957 roku w Watykanie poświęcił papież Pius XII. Mamy tu do czynienia z odwróconą sytuacją – nie tyle ludzie poszli odwiedzić cudowny wizerunek, ile sama Matka Najświętsza przedstawiona na cudownym obrazie sama poszła odwiedzić wiernych. Oczywiście w każdej miejscowości, w której obraz Matki Bożej Częstochowskiej się znalazł, odbywały się wielkie uroczystości, dodatkowo ściągające ludzi z bliższej i dalszej okolicy.

Uroczystości obchodu tysiąclecia chrztu Polski obejmowały również projekt koronacyjny szeregu cudownych wizerunków Bożej Rodzicielki. W tym czasie jednak, w przeciwieństwie do okresu przedwojennego, prasa milczała. Nie podawano miejsca ani dat koronacji, nie nawoływano do uczestnictwa, a wręcz przeciwnie, czyniono wszystko, aby uniemożliwić wiernym udział w tych uroczystościach. Prowadzono intensywne rozmowy z organizatorami wyjazdów pielgrzymkowych po to, aby ich zastraszyć i zniechęcić do przyłączenia się do milenijnych uroczystości. Urzędy spraw wewnętrznych odmawiały zgody na organizowanie pielgrzymek. Księżom nie przydzielano papieru na druk książeczek pobożnościowych i innych dewocjonaliów. Państwowym przedsiębiorstwom komunikacyjnym zakazano realizacji zamówień na przewozy pątników do miejscowości, w których odbywały się te uroczystości. Ścisłym kontrolom poddano wszystkie przedsiębiorstwa, które posiadały własny transport samochodowy. Dodatkowo zakładom pracy zakazano udzielania urlopów pracownikom na czas trwania uroczystości. Wszystkie te zabiegi były czynione po to, by na uroczystości przybyła jak najmniejsza liczba wiernych.

Dodatkowo drogi dojazdowe do sanktuariów obsadzone były przez Milicję Obywatelską, która zagradzała dojazd. Wierni jednak doskonale radzili sobie w tak trudnej sytuacji. Nie formowali oficjalnych grup pielgrzymkowych, dopiero po dotarciu na miejsce tworzyli zwartą grupę pod przewodnictwem swojego proboszcza. Taka sytuacja zaszła chociażby w czasie uroczystości koronacyjnych w roku 1968 w Dąbrówce Kościelnej, gdzie wierni z poznańskiej parafii pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Niepokalanego Poczęcia pod przewodnictwem ks. Antoniego Cieciory w rozproszeniu udali się do Dąbrówki, aby już na miejscu stworzyć silną i zwartą grupę. Jeśli napotykali na drogach odziały Milicji Obywatelskiej, blokującej drogi dojazdowe do sanktuariów, to do miejsc kultu przedzierali się przez lasy. Te wszystkie zabiegi niewątpliwie przyczyniły się do zmniejszenia liczby pątników, biorących udział w uroczystościach koronacyjnych, ale całkowicie ich nie zniechęciły.

Tłumy, które przybywały na te uroczystości, były znaczne. W opublikowanym na łamach „Tygodnika Powszechnego” reportażu z uroczystości koronacyjnych, odbywających się w Licheniu Starym koło Konina w 1967 roku, ks. Adam Boniecki wspominał, iż pielgrzymów przybyłych na uroczystości było tak dużo, że spali dosłownie wszędzie, gdzie się dało, zarówno na przykościelnym cmentarzu, jak i przy ołtarzu. Kto chciał, mimo zakazu i przeszkód i tak wziął udział w uroczystościach. Bezsilnej władzy pozostało jedynie pod przykryciem nocy zawieszanie transparentów nawołujących hierarchów kościelnych do posłuszeństwa władzy ludowej. Taką sytuację w swoich pamiętnikach opisuje ksiądz kardynał Stefan Wyszyński, który, jadąc na wspomniane uroczystości koronacyjne do Lichenia, już w samym Licheniu (będącym wówczas malutką wioską) minął trzy takie transparenty umieszczone na wysokich betonowych słupach. Jednakże wierni absolutnie nie zwracali na nie uwagi. Z przejęciem i uwagą brali udział w uroczystościach i nie zważali na prowokacyjne działania władzy.

Bardzo podobnie było przed centralnymi uroczystościami milenijnymi, które odbywały się w Gnieźnie i w Poznaniu. Również i tu starano się przestraszyć zarówno kler, jak i wiernych. Jednakże to przeszkadzanie było mniej siłowe, a bardziej wyrafinowane. A mianowicie, organizowano tu konkurencyjne uroczystości, a do udziału w nich zapraszano np. znane zespoły bitowe, jak chociażby niezwykle popularny wówczas zespół „Czerwone Gitary”, który wystąpił w Gnieźnie. Urządzano pokazy filmów fabularnych, organizowano maratony i zawody sportowe, sprzedawano atrakcyjne towary. Czyniono dosłownie wszystko, aby uroczystości milenijne nie przebiegały z rozmachem i nie świadczyły o sile Kościoła katolickiego w Polsce.

W takiej sytuacji wierni zostali postawieni w bardzo trudnej i niekomfortowej sytuacji, z jednej strony chcieli być przy kardynale Stefanie Wyszyńskim, pragnęli zamanifestować swe przywiązanie do Kościoła katolickiego, do wiary i tradycji przodków, a z drugiej strony to szare i smutne życie lat 60. nagle mogło nabrać intensywniejszych barw, ponieważ za sprawą konfliktu państwo – kościół okraszone zostało ciekawym programem artystycznym. Jednakże sytuacja ta bynajmniej nie była aż tak bardzo skomplikowana, ponieważ uroczystości państwowe w Gnieźnie odbywały się na rynku, który od katedry dzieli jedynie 5 minut drogi szybkim marszem. Dlatego wierni wielokrotnie krążyli pomiędzy rynkiem a katedrą, to słuchając pobożnych i patriotycznych kazań, to oddając się zabawie. Wbrew pozorom nie ma w tym najmniejszej sprzeczności, ponieważ zawsze po czasie modlitwy przychodził czas na rozrywkę. Każde uroczystości odpustowe dzielą czas na czas modlitwy i zabawy. Zawsze razem z pielgrzymami do sanktuariów przybywali nie tylko wspomniani wyżej handlarze dewocjonaliów, ale i właściciele strzelnic, karuzelarze czy trupy aktorskie. Zawsze po mszy oddawano się drobnym przyjemnościom, aby po tej krótkiej przerwie ponownie wrócić do kościelnej atmosfery skupienia i modlitwy. Dokładnie też taką sytuację mogliśmy obserwować w 1966 roku w Poznaniu i Gnieźnie, gdzie zderzyły się ze sobą dwa światy: sacrum i profanum.

Te dwa światy zawsze się ze sobą ścierały i ich walka przybierała różne oblicza, co zaś istotne, walka ta bynajmniej nie jest specyfiką polską. Wystarczy w tym miejscu przywołać ustawy rządu francuskiego zabraniające dziewczynkom muzułmańskim noszenia w szkole chust na głowie.

[1] [5] Odezwa, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 25 marca 1928, s. 193.

[2] [6] O. S. Tabor, Cudowny obraz Matki Boskiej w kościele OO. Oratorjanów na Św. Górze, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 17 czerwca 1928, s. 366-368; Na koronację cudownego obrazu Matki Boskiej Świętogórskiej, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 24 czerwca 1928, s.375; Program IX Zjazdu Katolickiego i koronacji obrazu M. Boskiej Świętogórskiej w Gostyniu, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 24 czerwca 1988, s. 387; Program IX Zjazdu Katolickiego w Gostyniu, „Jednodniówka Gostyńska z okazji IX Zjazdu Katolickiego połączonego z Koronacją Cudown. Obrazu Matki Boskiej Gostyńskiej”, Gostyń, 23 i 24 czerwca 1928, s. 3; Program IX Zjazdu Katolickiego, „Orędownik Urzędowy Powiatu Gostyńskiego”, Gostyń, 23 czerwca 1928 r., s. 6., K. Krotowski, Zjazd Katolicki u stóp cudownego obrazu Matki Boskiej na Świętej Górze w Gostyniu, „Dziennik Bydgoski”, 22 czerwca 1928, s. 5.; K. Krotowski, Fara gostyńska, „Dziennik Bydgoski”, 22 czerwca 1928, s. 6; Obraz Cudowny Najświętszej Marji Panny na św. Górze w kościele OO. Oratorjanów w Gostyniu, „Dziennik Bydgoski”, 22 czerwca 1928, s. 5; Garść wiadomości z dziejów Gostynia, „Gość Niedzielny. Tygodnik dla Rodzin Katolickich”, Katowice, 24 czerwca 1928, s. 5-6; Legenda gostyńska, Kurier Poznański”, 23 czerwca 1928, s. 20; J. Pradzyński, IX Zjazd Katolicki w Gostyniu, „Orędownik Urzędowy Powiatu Gostyńskiego”, Gostyń, 28 kwietnia 1928, s. 4; Gostyń godnie przyjmuje Dostojników Kościoła, „Głos Polski. Bezpartyjny, Polski, Katolicki Dziennik dla Pogranicza Zachodniej Polski”, Leszno, Rawicz, Bojanowo, Śmigiel, Wolsztyn, Zbąszyń, 24 czerwca 1928, s. 2; Przed Zjazdem Katolickim w Gostyniu, „Głos Polski (…)”, Leszno, Rawicz, Bojanowo, Śmigiel, Wolsztyn, Zbąszyń, 24 czerwca 1928, s. 2; I. Stablewska, Na dzień Koronacji Matki Boskiej w Klasztorze Oratorjanów czyli Filipinów, u Świętej Góry, „Kraj i Świat. Tygodniowy Dodatek Ilustrowany” do „Gazety Powszechnej”, Poznań, 24 czerwca 1928, s. 203.

[3] [7] A.D., Świętogórskiej Pani, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 24 czerwca 1928, s. 376; I. Stablewska, Po koronacji Matki Boskiej na Świętej Górze, „Przewodnik Katolicki”, Poznań, 1 lipca 1928, s. 392; Do Matki Boskiej, „Jednodniówka Gostyńska z okazji IX Zjazdu Katolickiego połączonego z Koronacją Cudownego Obrazu Matki Boskiej Gostyńskiej”, Gostyń, 23 i 24 czerwca 1928 r., s. 1.

[4] [8] S. Jankowski, Milenium Polski, wyd. Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 2006, s. 195-199.

Artykuł wydrukowany z Chrzest966: http://chrzest966.pl

Odnośnik do artykułu: http://chrzest966.pl/kultura-polska-jako-efekt-przyjecia-chrztu-przez-mieszka-i/

Odnośniki w tym artykule:

[1] [1]: #_ftn1

[2] [2]: #_ftn2

[3] [3]: #_ftn3

[4] [4]: #_ftn4

[5] [1]: #_ftnref1

[6] [2]: #_ftnref2

[7] [3]: #_ftnref3

[8] [4]: #_ftnref4