Michał Łuczewski: „Naród i sakrament”

„Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony | Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony”. Jeśli wierzyć Mickiewiczowi, Duch skierował te słowa do Konrada siedzącego z towarzyszami w celi klasztoru bazylianów 1 listopada 1823 roku. Ale „trony” nie zostały zwalone przez niemal kolejne stulecie; a kiedy Polska odzyskała niepodległość, po dwudziestu latach znów im uległa i pogrążyła się w ciemności nazistowskiego i komunistycznego totalitaryzmu. Kłopot bowiem polegał na tym, że Duch nie wyjawił, o jaką konkretną myśl i jaką konkretną wiarę mu chodziło. Dopiero w 1953 roku kardynał Stefan Wyszyński, samotny, więziony w klasztorze w Stoczku, odkrył tę myśl i tę wiarę: demoniczne moce i zwierzchności mogą być pokonane tylko przez sakramenty.

Całą swoją działalnością Wyszyński pokazywał, że sakramenty nie są tylko obrzędami religijnymi i nie dotyczą tylko jednostek. Mają znaczenie społeczne, gdyż stanowią „znak i narzędzie wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” (Lumen gentium 1). Co to znaczy? Poprzez połączenie człowieka z Bogiem, poprzez wniesienie Boga do centrum życia człowieka, sakramenty łączą go z innymi ludźmi. W ten sposób stają się zasadą jedności społecznej. Na tym polega ich polityczna natura. Otóż celem polityki – tak jak celem sakramentów – jest budowa jedności społecznej. W tym sensie polityka jest jedynie kontynuacją chrześcijaństwa innymi środkami. Różnica między nimi polega na tym, że polityka opiera jedność społeczną na zewnętrznej sile, a chrześcijaństwo na wewnętrznym nawróceniu. Tak jak państwo dzięki wojsku i policji posiada monopol na przemoc, tak Kościół dzięki sakramentom posiada monopol na nawrócenie. To wszystko sprawia, że konflikt między Kościołem i sakramentami, które stają się polityczne, a państwem i polityką, które zostają uświęcone, staje się niemal nie do uniknięcia. Tak należy rozumieć najgłębsze źródła sporów wokół Milenium chrztu Polski. Władysław Gomułka, uświęcając politykę, wskazywał na państwo jako źródło jedności, a kardynał Wyszyński – na chrzest.

Trony i Tron

W starciu z Gomułką kardynał Wyszyński okazał się politykiem sprawniejszym, udowodnił bowiem, że – zgodnie ze średniowiecznym adagium – sakrament jest nie tylko znakiem; jest znakiem skutecznym. Milenium odmieniło oblicze Polski. W liście z Komańczy pisał do paulinów, że jedynym lekarstwem na komunistyczny potop jest sakrament spowiedzi i to nie spowiedzi indywidualnej, lecz zbiorowej; jedyną odpowiedzią na „trony” jest jeden Tron: „Jasna Góra jest Tronem Królowej Polski; z tego Tronu muszą paść programowe wskazania, jak trzeba leczyć duszę Narodu, by mogła być Córą Królewską. […] Spowiedź Narodu przed Jasnogórskim Tronem Łaski jest początkiem królowania Maryi w duszy Narodu. […] Nie wystarczy więc wyspowiadać pielgrzymów, należy wyspowiadać cały Naród, by dokonać w nim «nowej obrony Jasnej Góry»”[1]. Tę kolektywną spowiedź narodu, która przybrała formę Ślubów Jasnogórskich, Wyszyński od samego początku połączył z kolektywnym chrztem narodu. Obchody Milenium chrztu miały być bowiem realizacją ślubów.

Po kilku latach w swym programie kardynał uzyskał ważnego sprzymierzeńca, młodego biskupa, Karola Wojtyłę. Razem pracowali nad obchodami Milenium i razem widzieli sakramenty jako sposób odbudowy zniszczonej wspólnoty. Ważnym elementem ich działalności było uroczyste koronowanie cudownych wizerunków i figur Matki Bożej, a korona jest najwyższym symbolem jedności wspólnoty. Obrzędy koronacyjne, jakie miały miejsce w przaśnym, zglajszachtowanym państwie Gomułki, gromadziły dziesiątki tysięcy wiernych. Wojtyła z papieskim zezwoleniem jako arcybiskup ofiarował królewskie insygnia świętym przedstawieniom Maryi w Rychwałdzie, Gietrzwałdzie czy Ludźmierzu. (W tym ostatnim miejscu z figury Matki Boskiej miało wypaść berło, które w ostatniej chwili chwycił, co po latach odczytywano jako przepowiednię). Choć – jak podkreślał – królestwo Chrystusa i królowanie Maryi nie są z tego świata, to zakorzeniają się w nim. „Różne ludzkie wspólnoty doświadczają macierzyńskiego królowania Maryi” – mówił – „które przybliża w nich królestwo Chrystusa. Owo doświadczenie łączy się z miejscami, świątyniami, obrazami. Gdy we wspólnocie Ludu Bożego owo doświadczenie królowania Maryi nabierze przez wiarę pokoleń szczególnej dojrzałości, wówczas rodzi się pragnienie wyrażenia tego aktem liturgicznym. I Kościół, po stwierdzeniu słuszności tego pragnienia, dokonuje aktu koronacji”[2]. Wyjątkowość tego aktu polegała na tym, że to nie Bóg, ale Lud królował swoją Panią, jednocześnie odbierając legitymizację oficjalnemu suwerenowi. Każda korona na skroniach Matki Bożej przyspieszała śmierć systemu.

W najważniejszej homilii podczas kulminacji obchodów milenijnych 3 maja 1966 roku arcybiskup Karol Wojtyła ponownie połączył Jasną Górę z chrztem: „Uroczystość dzisiejsza, uroczystość Maryi Królowej Korony Polskiej zawsze co roku pozostanie w ścisłym związku z chrztem, który w 966 roku przyjął Mieszko I i zaczął przyjmować przez niego i z nim cały nasz Naród. Tak przyjmuje ten chrzest od 1000 lat i przez 1000 lat. Uroczystość Maryi Królowej Polski co roku pozostaje w ścisłej łączności z tym chrztem, a w tym roku, w roku tysiąclecia, w szczególny sposób związek się ten uwydatnia”[3]. Było to zwieńczenie nieznanej w dziejach mobilizacji społecznej, która gromadziła miliony ludzi i trwała nieprzerwanie od 1956 roku. Dzięki odnowieniu sakramentu chrztu władza komunistów została złamana. Gomułka mógł sprawować władzę nad ciałami Polaków, ale to Wyszyński i Wojtyła zaczęli sprawować rząd dusz.

Interrex 1

Opierając wspólnotę na sakramentach, polscy hierarchowie powracali do średniowiecznych form teologii politycznej; w szczycie panowania komunizmu równolegle tworzyli nowe średniowiecze. Otóż w wiekach średnich po śmierci króla problem władzy był rozwiązywany poprzez odniesienie do Korony, która jest symbolem państwa i która nie umiera nigdy. Królowie mogą się zmieniać, ale Korona, którą reprezentują, jest jedna, godna i wieczna. Stanowi niejako ich drugie, nieśmiertelne ciało. Dowodzono też, że w czasie bezkrólewia interrexem staje się sam Chrystus. Władza w ten sposób przechodziła od człowieka do tego, który jest jej głównym dawcą: Boga. Ta koncepcja sprawiała jednak bardzo duży problem władzy świeckiej, gdyż papież, vicarius Christi, mógł w każdej chwili rościć sobie prawo do tytułu interrexa i mieszać się w sprawy kraju. W Koronie Polskiej przyjęto rozwiązanie pośrednie: godność interrexa sprawował każdorazowo prymas Polski, który był zarazem senatorem i w ten sposób reprezentował naród. I właśnie takim interrexem stał się kardynał Stefan Wyszyński. „Był to jedyny monarcha, jakiego w życiu widziałem” – wspominał Jacek Kuroń. – „I to monarcha, który ze swojej władzy, a płynęła ona z jego autorytetu, wcale nie chciał korzystać. Nie chciał, bo pragnął zachować autonomię osoby ludzkiej”[4].

Nie jest przypadkiem, że podczas składania Ślubów Jasnogórskich na pustym tronie kardynała złożono wiązankę biało-czerwonych róż. Symbolizowały one zniewolony Kościół i naród, ale należy też pamiętać, że róża jest oznaką majestatu, wzniosłości i potęgi króla. Odnawiając po trzystu latach śluby Jana Kazimierza, Stefan Wyszyński dokonał znaczących przesunięć. Przede wszystkim nawiązał ciągłość między czasami stalinowskimi a potopem szwedzkim i świetnością Rzeczpospolitej. Oznaczało to, że pomimo wszystkich klęsk, rozbiorów, wojen i powstań polska Korona nigdy nie umarła. Polacy mogli pozwolić sobie na trzysta lat interregnum, gdyż w tym czasie istniał polski Kościół powszechny, a nad nimi królowała Matka Boska. Święte serce władzy nie biło już w Warszawie, ale przesuwało się do jasnogórskiego klasztoru; wszystkie urzędy centralne przestawały się liczyć. W 1966 roku kardynał Wyszyński odbudowywał ciągłość wspólnoty politycznej już nie na przestrzeni trzystu lat, lecz na przestrzeni tysiąca lat! Jasno sugerował, że Polska sięga wieczności.

Interrex II

Gdy Wyszyński umierał, interrexem, szafarzem sakramentów narodowych stał się Jan Paweł II, który jako vicarius Christi miał zaprowadzić polski i światowy Kościół w nowe tysiąclecie. Istota jego nauczania polegała na odarciu władzy doczesnej z sacrum i zaprowadzeniu wiecznego interregnum Chrystusa trwającego aż do powtórnego Przyjścia w chwale. Na naszych oczach spełniało się marzenie średniowiecznych prawników i Czesława Miłosza: „Oto król, o jakim Polska śniła” – pisał. – „Wśród mężów stanu, monarchów, wodzów XX wieku, ani jednej postaci, która by odpowiadała naszemu obrazowi królewskiego majestatu, z wyjątkiem Karola Wojtyły. Tylko on mógłby naprawdę grać królów Szekspira”[5].

Kiedy w 1979 roku Jan Paweł II przyjechał do Polski, aby upamiętnić 900-lecie męczeńskiej śmierci św. Stanisława, odwołał się do chrztu narodu. Pierwsza pielgrzymka była niejako kontynuacją Milenium tymi samymi środkami. „Nigdy nie zapomnę” – mówił – „tego dnia 3 maja Roku Milenijnego na Jasnej Górze, kiedy pod portretem nieobecnego Pawła VI wypadło mi, jako metropolicie krakowskiemu, celebrować milenijną Eucharystię Jasnogórską! Nigdy tego nie zapomnę!”[6]. Odwiedzając Jasną Górę, Karol Wojtyła realizował pragnienie zmarłego papieża, któremu władze komunistyczne nie pozwoliły przybyć do Polski. „O rodacy! – mówił na krakowskich Błoniach – jakże gorąco dziękuję wspólnie z wami raz jeszcze za to, że zostaliśmy przed tysiącem z górą lat ochrzczeni w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”[7].

Tamten chrzest Jan Paweł II łączył z Milenium, a Milenium – z bierzmowaniem narodu, którego symbolem był dla niego św. Stanisław. Gdy wezwał Ducha Świętego na placu Zwycięstwa, w istocie powtarzał scenę z Nocy Zesłania. Tak jak wtedy narodził się Kościół, tak teraz miał powstać naród. Różne języki, jakimi mówili Polacy – język narodu, klasy, praw jednostki, religii, interesu – miały stać się jednym językiem. Jednocześnie Ojciec Święty wpisywał w istotę narodu polskiego, w samo jego centrum – Chrystusa. Mówił: Polski nie da się zrozumieć bez Chrystusa. Ale w gruncie rzeczy mniej ważne było to, co Jan Paweł II mówił, niż to, co Jan Paweł II robił. Otóż w swej pielgrzymce codziennie sprawował sakrament Eucharystii. Wokół najświętszej ofiary gromadziła się wspólnota, która obejmowała całą Polskę, niemal wszystkich Polaków. Aby przypieczętować rodzącą się wspólnotę, podczas mszy na Błoniach Jan Paweł II dokonał wprost już nawet nie bierzmowania narodu, ale bierzmowania dziejów: „Pragnę przeto w dniu dzisiejszym, stojąc tu na tym rozległym krakowskim błoniu i patrząc w stronę Wawelu i Skałki, gdzie 900 lat temu poniósł śmierć sławny biskup Stanisław, dopełnić raz jeszcze tego, co dopełnione zostało w sakramencie bierzmowania, czyli umocnienia, którego on w naszych dziejach jest symbolem. […] Pozwólcie przeto, że tak jak zawsze przy bierzmowaniu biskup, i ja dzisiaj dokonam owego apostolskiego włożenia rąk na wszystkich tu zgromadzonych, na wszystkich moich rodaków. W tym włożeniu rąk wyraża się przejęcie i przekazanie Ducha Świętego, którego apostołowie otrzymali od samego Chrystusa, kiedy po zmartwychwstaniu przyszedł do nich „drzwiami zamkniętymi” (por. J 20, 19) i rzekł: „Weźmijcie Ducha Świętego” (J 20, 22). Tego Ducha: Ducha zbawienia, odkupienia, nawrócenia i świętości, Ducha prawdy, Ducha miłości i Ducha męstwa — odziedziczonego jako żywą moc po apostołach — przekazywały po tyle razy biskupie dłonie całym pokoleniom na ziemi polskiej. Tego Ducha pragnę wam dzisiaj przekazać, tak jak przekazywał Go swoim współczesnym biskup rodem ze Szczepanowa. Pragnę wam dziś przekazać tego Ducha, ogarniając sercem z najgłębszą pokorą to wielkie „bierzmowanie dziejów”, które przeżywacie”[8]. Oto vicarius Christi, który nałożył swoje dłonie na cały naród i przejął nad nim władzę.

Z chłopów królowie

Sakrament podnosi człowieka ze stanu niewolnika do stanu dziecka Bożego, tzn. stanu królewskiego. Dobrze pokazywało to ślubowanie jasnogórskie, które składał już nie król w imieniu całego narodu, ale naród pod przewodnictwem prymasa. „My” – nie odnosiło się już do pluralis maiestatis Jana Kazimierza, ale do „biskupów polskich i królewskiego kapłaństwa, Ludu”. W ten sposób zwierzchnicy Kościoła i naród nabywali godność, która kiedyś przynależała do króla. To oni stawali się monarchami, „królewskim szczepem”. To w ich ręce przechodziła odpowiedzialność za Koronę i Rzeczpospolitą. Nie jest więc przypadkiem, że Wojtyła i Wyszyński o narodzie pisali przez duże „N”. Było to dość ryzykowne posunięcie, gdyż w nauczaniu Kościoła nie ma miejsca dla teologii narodu – poza teologią narodu wybranego. Próby unarodowienia teologii, zwłaszcza po doświadczeniach niemieckiego nazizmu, traktowane są z najwyższą podejrzliwością. Ojcowie Kościoła, jak wywodził Joseph Ratzinger, uważali, że wraz z przyjściem Chrystusa i zesłaniem Ducha Świętego skończył się czas narodów i nastał naród nowy: Lud Boży, Kościół. Tak jak w historii biblijnej Bóg pomieszał języki budowniczym wieży Babel, tworząc oddzielne narody, tak znów połączył je w jedno, przezwyciężając w wieczerniku bariery języków. Jeśli więc Wyszyński i Wojtyła uprawiali teologię narodu, Narodu polskiego, to narażali się na zarzut, że w sposób nieuprawniony nadają Polakom cechy narodu wybranego, narodu świętego.

Erik Peterson, teologiczny mistrz Josepha Ratzingera, pozostawił jednak małą furtkę dla ortodoksyjnej teologii narodu. Otóż uważał on, że Żydzi, naród wybrany, mogli pozostać narodem także po przyjściu Chrystusa, jeśli tylko uznaliby go za Mesjasza. Głosząc, że nie mają innego króla niż cezara, zrzekli się jednak swojej suwerenności jako naród. Na podobnej zasadzie można by bronić teologii narodu w przypadku Polski. Jeśli tylko Polacy ogłoszą, że nie uznają żadnego cezara ponad sobą, bo ich jedynym królem jest Chrystus, będą mogli pozostać narodem. Teologia narodu jest możliwa pod jednym warunkiem: Naród staje się Kościołem, to znaczy – że w jego centrum jest Chrystus. Tylko wtedy naród może być wybrany. Właśnie tą drogą poszli Wyszyński i Wojtyła, którzy bezustannie piętnowali grzechy Polaków, ale robili to po to, żeby wezwać ich do nawrócenia, żeby stali się „królewskim kapłaństwem, Ludem Bożym”. Ostatecznym wynikiem tej mobilizacji na niespotykaną skalę była jeszcze większa mobilizacja: „Solidarność”.

Hołd Polaków

W grudniu 2015 roku Muzeum Archidiecezjalne w Poznaniu gościło cykl obrazów „Ludzie Cogito” Jerzego Oleksiaka. Wśród nich znalazł się obraz „Hołd Polaków”, który w formie ludycznej przedstawia dziwną procesję. Na jej czele idzie Mieszko I i Dobrawa, a zaraz za nimi rodzina Łuczewskich (mój kuzyn Łukasz jest autorem koncepcji całego cyklu), za nami zaś kolejne pokolenia. Pielgrzymujemy przez czas i przestrzeń. Nieważne, kim jesteśmy, ale ważne – dokąd idziemy. A idziemy do św. Jana Pawła II, aby złożyć mu – jak królowi – hołd. Jan Paweł II nie upamiętnia już historii naszego narodu, to raczej cała historia naszego narodu prowadzi do Jana Pawła II. Jan Paweł II nie powraca już do chrztu Mieszka, to Mieszko idzie do Jana Pawła II po nowy chrzest. I póki będziemy szli po nowy chrzest, będziem Polakami.

http://ludziecogito.pl/Galeria_Obrazow.html

[1] Stefan Wyszyński, Wszystko postawiłem na Maryję, Paris 1980, s. 118.

[2] Jan Paweł II, Pokój Tobie Polsko, Ojczyzno moja: homilie i przemówienia w czasie drugiej apostolskiej pielgrzymki do Polski, Londyn 1983, s. 43.

[3] Marek Lasota, Wojtyła na podsłuchu, Kraków 2014.

[4] Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Wrocław 1995, s. 351.

[5] Czesław Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 2001, s. 64.

[6] Jan Paweł II, Pielgrzymka do ojczyzna. Przemówienia i homilie, Warszawa 1981, s. 84.

[7] Tamże, s. 263

[8] Tamże, s. 263-264.

 

Artykuł powstał na zamówienie Narodowego Centrum Kultury z okazji obchodów 1050. Rocznicy Chrztu Polski:

Logotyo Narodowego Centrum Kultury

1050. Rocznica Chrztu Polski - logotyp podstawowy

Michał Łuczewski: „Naród i sakrament”

„Ludzie! każdy z was mógłby, samotny, więziony | Myślą i wiarą zwalać i podźwigać trony”. Jeśli wierzyć Mickiewiczowi, Duch skierował te słowa do Konrada siedzącego z towarzyszami w celi klasztoru bazylianów 1 listopada 1823 roku. Ale „trony” nie zostały zwalone przez niemal kolejne stulecie; a kiedy Polska odzyskała niepodległość, po dwudziestu latach znów im uległa i pogrążyła się w ciemności nazistowskiego i komunistycznego totalitaryzmu. Kłopot bowiem polegał na tym, że Duch nie wyjawił, o jaką konkretną myśl i jaką konkretną wiarę mu chodziło. Dopiero w 1953 roku kardynał Stefan Wyszyński, samotny, więziony w klasztorze w Stoczku, odkrył tę myśl i tę wiarę: demoniczne moce i zwierzchności mogą być pokonane tylko przez sakramenty.

Całą swoją działalnością Wyszyński pokazywał, że sakramenty nie są tylko obrzędami religijnymi i nie dotyczą tylko jednostek. Mają znaczenie społeczne, gdyż stanowią „znak i narzędzie wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” (Lumen gentium 1). Co to znaczy? Poprzez połączenie człowieka z Bogiem, poprzez wniesienie Boga do centrum życia człowieka, sakramenty łączą go z innymi ludźmi. W ten sposób stają się zasadą jedności społecznej. Na tym polega ich polityczna natura. Otóż celem polityki – tak jak celem sakramentów – jest budowa jedności społecznej. W tym sensie polityka jest jedynie kontynuacją chrześcijaństwa innymi środkami. Różnica między nimi polega na tym, że polityka opiera jedność społeczną na zewnętrznej sile, a chrześcijaństwo na wewnętrznym nawróceniu. Tak jak państwo dzięki wojsku i policji posiada monopol na przemoc, tak Kościół dzięki sakramentom posiada monopol na nawrócenie. To wszystko sprawia, że konflikt między Kościołem i sakramentami, które stają się polityczne, a państwem i polityką, które zostają uświęcone, staje się niemal nie do uniknięcia. Tak należy rozumieć najgłębsze źródła sporów wokół Milenium chrztu Polski. Władysław Gomułka, uświęcając politykę, wskazywał na państwo jako źródło jedności, a kardynał Wyszyński – na chrzest.

Trony i Tron

W starciu z Gomułką kardynał Wyszyński okazał się politykiem sprawniejszym, udowodnił bowiem, że – zgodnie ze średniowiecznym adagium – sakrament jest nie tylko znakiem; jest znakiem skutecznym. Milenium odmieniło oblicze Polski. W liście z Komańczy pisał do paulinów, że jedynym lekarstwem na komunistyczny potop jest sakrament spowiedzi i to nie spowiedzi indywidualnej, lecz zbiorowej; jedyną odpowiedzią na „trony” jest jeden Tron: „Jasna Góra jest Tronem Królowej Polski; z tego Tronu muszą paść programowe wskazania, jak trzeba leczyć duszę Narodu, by mogła być Córą Królewską. […] Spowiedź Narodu przed Jasnogórskim Tronem Łaski jest początkiem królowania Maryi w duszy Narodu. […] Nie wystarczy więc wyspowiadać pielgrzymów, należy wyspowiadać cały Naród, by dokonać w nim «nowej obrony Jasnej Góry»”[1] [1]. Tę kolektywną spowiedź narodu, która przybrała formę Ślubów Jasnogórskich, Wyszyński od samego początku połączył z kolektywnym chrztem narodu. Obchody Milenium chrztu miały być bowiem realizacją ślubów.

Po kilku latach w swym programie kardynał uzyskał ważnego sprzymierzeńca, młodego biskupa, Karola Wojtyłę. Razem pracowali nad obchodami Milenium i razem widzieli sakramenty jako sposób odbudowy zniszczonej wspólnoty. Ważnym elementem ich działalności było uroczyste koronowanie cudownych wizerunków i figur Matki Bożej, a korona jest najwyższym symbolem jedności wspólnoty. Obrzędy koronacyjne, jakie miały miejsce w przaśnym, zglajszachtowanym państwie Gomułki, gromadziły dziesiątki tysięcy wiernych. Wojtyła z papieskim zezwoleniem jako arcybiskup ofiarował królewskie insygnia świętym przedstawieniom Maryi w Rychwałdzie, Gietrzwałdzie czy Ludźmierzu. (W tym ostatnim miejscu z figury Matki Boskiej miało wypaść berło, które w ostatniej chwili chwycił, co po latach odczytywano jako przepowiednię). Choć – jak podkreślał – królestwo Chrystusa i królowanie Maryi nie są z tego świata, to zakorzeniają się w nim. „Różne ludzkie wspólnoty doświadczają macierzyńskiego królowania Maryi” – mówił – „które przybliża w nich królestwo Chrystusa. Owo doświadczenie łączy się z miejscami, świątyniami, obrazami. Gdy we wspólnocie Ludu Bożego owo doświadczenie królowania Maryi nabierze przez wiarę pokoleń szczególnej dojrzałości, wówczas rodzi się pragnienie wyrażenia tego aktem liturgicznym. I Kościół, po stwierdzeniu słuszności tego pragnienia, dokonuje aktu koronacji”[2] [2]. Wyjątkowość tego aktu polegała na tym, że to nie Bóg, ale Lud królował swoją Panią, jednocześnie odbierając legitymizację oficjalnemu suwerenowi. Każda korona na skroniach Matki Bożej przyspieszała śmierć systemu.

W najważniejszej homilii podczas kulminacji obchodów milenijnych 3 maja 1966 roku arcybiskup Karol Wojtyła ponownie połączył Jasną Górę z chrztem: „Uroczystość dzisiejsza, uroczystość Maryi Królowej Korony Polskiej zawsze co roku pozostanie w ścisłym związku z chrztem, który w 966 roku przyjął Mieszko I i zaczął przyjmować przez niego i z nim cały nasz Naród. Tak przyjmuje ten chrzest od 1000 lat i przez 1000 lat. Uroczystość Maryi Królowej Polski co roku pozostaje w ścisłej łączności z tym chrztem, a w tym roku, w roku tysiąclecia, w szczególny sposób związek się ten uwydatnia”[3] [3]. Było to zwieńczenie nieznanej w dziejach mobilizacji społecznej, która gromadziła miliony ludzi i trwała nieprzerwanie od 1956 roku. Dzięki odnowieniu sakramentu chrztu władza komunistów została złamana. Gomułka mógł sprawować władzę nad ciałami Polaków, ale to Wyszyński i Wojtyła zaczęli sprawować rząd dusz.

Interrex 1

Opierając wspólnotę na sakramentach, polscy hierarchowie powracali do średniowiecznych form teologii politycznej; w szczycie panowania komunizmu równolegle tworzyli nowe średniowiecze. Otóż w wiekach średnich po śmierci króla problem władzy był rozwiązywany poprzez odniesienie do Korony, która jest symbolem państwa i która nie umiera nigdy. Królowie mogą się zmieniać, ale Korona, którą reprezentują, jest jedna, godna i wieczna. Stanowi niejako ich drugie, nieśmiertelne ciało. Dowodzono też, że w czasie bezkrólewia interrexem staje się sam Chrystus. Władza w ten sposób przechodziła od człowieka do tego, który jest jej głównym dawcą: Boga. Ta koncepcja sprawiała jednak bardzo duży problem władzy świeckiej, gdyż papież, vicarius Christi, mógł w każdej chwili rościć sobie prawo do tytułu interrexa i mieszać się w sprawy kraju. W Koronie Polskiej przyjęto rozwiązanie pośrednie: godność interrexa sprawował każdorazowo prymas Polski, który był zarazem senatorem i w ten sposób reprezentował naród. I właśnie takim interrexem stał się kardynał Stefan Wyszyński. „Był to jedyny monarcha, jakiego w życiu widziałem” – wspominał Jacek Kuroń. – „I to monarcha, który ze swojej władzy, a płynęła ona z jego autorytetu, wcale nie chciał korzystać. Nie chciał, bo pragnął zachować autonomię osoby ludzkiej”[4] [4].

Nie jest przypadkiem, że podczas składania Ślubów Jasnogórskich na pustym tronie kardynała złożono wiązankę biało-czerwonych róż. Symbolizowały one zniewolony Kościół i naród, ale należy też pamiętać, że róża jest oznaką majestatu, wzniosłości i potęgi króla. Odnawiając po trzystu latach śluby Jana Kazimierza, Stefan Wyszyński dokonał znaczących przesunięć. Przede wszystkim nawiązał ciągłość między czasami stalinowskimi a potopem szwedzkim i świetnością Rzeczpospolitej. Oznaczało to, że pomimo wszystkich klęsk, rozbiorów, wojen i powstań polska Korona nigdy nie umarła. Polacy mogli pozwolić sobie na trzysta lat interregnum, gdyż w tym czasie istniał polski Kościół powszechny, a nad nimi królowała Matka Boska. Święte serce władzy nie biło już w Warszawie, ale przesuwało się do jasnogórskiego klasztoru; wszystkie urzędy centralne przestawały się liczyć. W 1966 roku kardynał Wyszyński odbudowywał ciągłość wspólnoty politycznej już nie na przestrzeni trzystu lat, lecz na przestrzeni tysiąca lat! Jasno sugerował, że Polska sięga wieczności.

Interrex II

Gdy Wyszyński umierał, interrexem, szafarzem sakramentów narodowych stał się Jan Paweł II, który jako vicarius Christi miał zaprowadzić polski i światowy Kościół w nowe tysiąclecie. Istota jego nauczania polegała na odarciu władzy doczesnej z sacrum i zaprowadzeniu wiecznego interregnum Chrystusa trwającego aż do powtórnego Przyjścia w chwale. Na naszych oczach spełniało się marzenie średniowiecznych prawników i Czesława Miłosza: „Oto król, o jakim Polska śniła” – pisał. – „Wśród mężów stanu, monarchów, wodzów XX wieku, ani jednej postaci, która by odpowiadała naszemu obrazowi królewskiego majestatu, z wyjątkiem Karola Wojtyły. Tylko on mógłby naprawdę grać królów Szekspira”[5] [5].

Kiedy w 1979 roku Jan Paweł II przyjechał do Polski, aby upamiętnić 900-lecie męczeńskiej śmierci św. Stanisława, odwołał się do chrztu narodu. Pierwsza pielgrzymka była niejako kontynuacją Milenium tymi samymi środkami. „Nigdy nie zapomnę” – mówił – „tego dnia 3 maja Roku Milenijnego na Jasnej Górze, kiedy pod portretem nieobecnego Pawła VI wypadło mi, jako metropolicie krakowskiemu, celebrować milenijną Eucharystię Jasnogórską! Nigdy tego nie zapomnę!”[6] [6]. Odwiedzając Jasną Górę, Karol Wojtyła realizował pragnienie zmarłego papieża, któremu władze komunistyczne nie pozwoliły przybyć do Polski. „O rodacy! – mówił na krakowskich Błoniach – jakże gorąco dziękuję wspólnie z wami raz jeszcze za to, że zostaliśmy przed tysiącem z górą lat ochrzczeni w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”[7] [7].

Tamten chrzest Jan Paweł II łączył z Milenium, a Milenium – z bierzmowaniem narodu, którego symbolem był dla niego św. Stanisław. Gdy wezwał Ducha Świętego na placu Zwycięstwa, w istocie powtarzał scenę z Nocy Zesłania. Tak jak wtedy narodził się Kościół, tak teraz miał powstać naród. Różne języki, jakimi mówili Polacy – język narodu, klasy, praw jednostki, religii, interesu – miały stać się jednym językiem. Jednocześnie Ojciec Święty wpisywał w istotę narodu polskiego, w samo jego centrum – Chrystusa. Mówił: Polski nie da się zrozumieć bez Chrystusa. Ale w gruncie rzeczy mniej ważne było to, co Jan Paweł II mówił, niż to, co Jan Paweł II robił. Otóż w swej pielgrzymce codziennie sprawował sakrament Eucharystii. Wokół najświętszej ofiary gromadziła się wspólnota, która obejmowała całą Polskę, niemal wszystkich Polaków. Aby przypieczętować rodzącą się wspólnotę, podczas mszy na Błoniach Jan Paweł II dokonał wprost już nawet nie bierzmowania narodu, ale bierzmowania dziejów: „Pragnę przeto w dniu dzisiejszym, stojąc tu na tym rozległym krakowskim błoniu i patrząc w stronę Wawelu i Skałki, gdzie 900 lat temu poniósł śmierć sławny biskup Stanisław, dopełnić raz jeszcze tego, co dopełnione zostało w sakramencie bierzmowania, czyli umocnienia, którego on w naszych dziejach jest symbolem. […] Pozwólcie przeto, że tak jak zawsze przy bierzmowaniu biskup, i ja dzisiaj dokonam owego apostolskiego włożenia rąk na wszystkich tu zgromadzonych, na wszystkich moich rodaków. W tym włożeniu rąk wyraża się przejęcie i przekazanie Ducha Świętego, którego apostołowie otrzymali od samego Chrystusa, kiedy po zmartwychwstaniu przyszedł do nich „drzwiami zamkniętymi” (por. J 20, 19) i rzekł: „Weźmijcie Ducha Świętego” (J 20, 22). Tego Ducha: Ducha zbawienia, odkupienia, nawrócenia i świętości, Ducha prawdy, Ducha miłości i Ducha męstwa — odziedziczonego jako żywą moc po apostołach — przekazywały po tyle razy biskupie dłonie całym pokoleniom na ziemi polskiej. Tego Ducha pragnę wam dzisiaj przekazać, tak jak przekazywał Go swoim współczesnym biskup rodem ze Szczepanowa. Pragnę wam dziś przekazać tego Ducha, ogarniając sercem z najgłębszą pokorą to wielkie „bierzmowanie dziejów”, które przeżywacie”[8] [8]. Oto vicarius Christi, który nałożył swoje dłonie na cały naród i przejął nad nim władzę.

Z chłopów królowie

Sakrament podnosi człowieka ze stanu niewolnika do stanu dziecka Bożego, tzn. stanu królewskiego. Dobrze pokazywało to ślubowanie jasnogórskie, które składał już nie król w imieniu całego narodu, ale naród pod przewodnictwem prymasa. „My” – nie odnosiło się już do pluralis maiestatis Jana Kazimierza, ale do „biskupów polskich i królewskiego kapłaństwa, Ludu”. W ten sposób zwierzchnicy Kościoła i naród nabywali godność, która kiedyś przynależała do króla. To oni stawali się monarchami, „królewskim szczepem”. To w ich ręce przechodziła odpowiedzialność za Koronę i Rzeczpospolitą. Nie jest więc przypadkiem, że Wojtyła i Wyszyński o narodzie pisali przez duże „N”. Było to dość ryzykowne posunięcie, gdyż w nauczaniu Kościoła nie ma miejsca dla teologii narodu – poza teologią narodu wybranego. Próby unarodowienia teologii, zwłaszcza po doświadczeniach niemieckiego nazizmu, traktowane są z najwyższą podejrzliwością. Ojcowie Kościoła, jak wywodził Joseph Ratzinger, uważali, że wraz z przyjściem Chrystusa i zesłaniem Ducha Świętego skończył się czas narodów i nastał naród nowy: Lud Boży, Kościół. Tak jak w historii biblijnej Bóg pomieszał języki budowniczym wieży Babel, tworząc oddzielne narody, tak znów połączył je w jedno, przezwyciężając w wieczerniku bariery języków. Jeśli więc Wyszyński i Wojtyła uprawiali teologię narodu, Narodu polskiego, to narażali się na zarzut, że w sposób nieuprawniony nadają Polakom cechy narodu wybranego, narodu świętego.

Erik Peterson, teologiczny mistrz Josepha Ratzingera, pozostawił jednak małą furtkę dla ortodoksyjnej teologii narodu. Otóż uważał on, że Żydzi, naród wybrany, mogli pozostać narodem także po przyjściu Chrystusa, jeśli tylko uznaliby go za Mesjasza. Głosząc, że nie mają innego króla niż cezara, zrzekli się jednak swojej suwerenności jako naród. Na podobnej zasadzie można by bronić teologii narodu w przypadku Polski. Jeśli tylko Polacy ogłoszą, że nie uznają żadnego cezara ponad sobą, bo ich jedynym królem jest Chrystus, będą mogli pozostać narodem. Teologia narodu jest możliwa pod jednym warunkiem: Naród staje się Kościołem, to znaczy – że w jego centrum jest Chrystus. Tylko wtedy naród może być wybrany. Właśnie tą drogą poszli Wyszyński i Wojtyła, którzy bezustannie piętnowali grzechy Polaków, ale robili to po to, żeby wezwać ich do nawrócenia, żeby stali się „królewskim kapłaństwem, Ludem Bożym”. Ostatecznym wynikiem tej mobilizacji na niespotykaną skalę była jeszcze większa mobilizacja: „Solidarność”.

Hołd Polaków

W grudniu 2015 roku Muzeum Archidiecezjalne w Poznaniu gościło cykl obrazów „Ludzie Cogito” Jerzego Oleksiaka. Wśród nich znalazł się obraz „Hołd Polaków”, który w formie ludycznej przedstawia dziwną procesję. Na jej czele idzie Mieszko I i Dobrawa, a zaraz za nimi rodzina Łuczewskich (mój kuzyn Łukasz jest autorem koncepcji całego cyklu), za nami zaś kolejne pokolenia. Pielgrzymujemy przez czas i przestrzeń. Nieważne, kim jesteśmy, ale ważne – dokąd idziemy. A idziemy do św. Jana Pawła II, aby złożyć mu – jak królowi – hołd. Jan Paweł II nie upamiętnia już historii naszego narodu, to raczej cała historia naszego narodu prowadzi do Jana Pawła II. Jan Paweł II nie powraca już do chrztu Mieszka, to Mieszko idzie do Jana Pawła II po nowy chrzest. I póki będziemy szli po nowy chrzest, będziem Polakami.

http://ludziecogito.pl/Galeria_Obrazow.html

[1] [9] Stefan Wyszyński, Wszystko postawiłem na Maryję, Paris 1980, s. 118.

[2] [10] Jan Paweł II, Pokój Tobie Polsko, Ojczyzno moja: homilie i przemówienia w czasie drugiej apostolskiej pielgrzymki do Polski, Londyn 1983, s. 43.

[3] [11] Marek Lasota, Wojtyła na podsłuchu, Kraków 2014.

[4] [12] Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Wrocław 1995, s. 351.

[5] [13] Czesław Miłosz, Rok myśliwego, Kraków 2001, s. 64.

[6] [14] Jan Paweł II, Pielgrzymka do ojczyzna. Przemówienia i homilie, Warszawa 1981, s. 84.

[7] [15] Tamże, s. 263

[8] [16] Tamże, s. 263-264.

 

Artykuł powstał na zamówienie Narodowego Centrum Kultury z okazji obchodów 1050. Rocznicy Chrztu Polski:

Logotyo Narodowego Centrum Kultury [17]

1050. Rocznica Chrztu Polski - logotyp podstawowy [18]

Artykuł wydrukowany z Chrzest966: http://chrzest966.pl

Odnośnik do artykułu: http://chrzest966.pl/michal-luczewski-narod-i-sakrament/

Odnośniki w tym artykule:

[1] [1]: #_ftn1

[2] [2]: #_ftn2

[3] [3]: #_ftn3

[4] [4]: #_ftn4

[5] [5]: #_ftn5

[6] [6]: #_ftn6

[7] [7]: #_ftn7

[8] [8]: #_ftn8

[9] [1]: #_ftnref1

[10] [2]: #_ftnref2

[11] [3]: #_ftnref3

[12] [4]: #_ftnref4

[13] [5]: #_ftnref5

[14] [6]: #_ftnref6

[15] [7]: #_ftnref7

[16] [8]: #_ftnref8

[17] obrazek: http://www.nck.pl

[18] obrazek: http://www.chrzest966.pl